Featured

Intruz

Jestem Inku i mam niechcianego lokatora.

Intruz skutecznie uprzykrza mi życie już od ponad pięciu lat, lecz kilka miesięcy temu dostał nakaz eksmisji.

Intruz mieszka w mojej głowie i tak naprawdę nazywa się zaburzenia lękowo-depresyjne. Długo nie byłam świadoma tego, że wszystkie moje problemy można tak klarownie zaklasyfikować. Sądziłam, że żadnego Intruza nie ma – to tylko ja jestem beznadziejna, pechowa i skazana na porażkę i nieszczęścia.

Nazwanie Intruza było pierwszym – najtrudniejszym krokiem w stronę normalnego życia. Gdybym zrobiła to kilka lat wcześniej, wtedy, cóż, nie zmarnowałabym kilku lat. Wydawało mi się jednak, że na moje problemy nie ma recepty.

Mniej lub bardziej poważne choroby, kłopoty rodzinne, kilka spektakularnych porażek na koncie… W jaki niby sposób ktoś miałby im zaradzić?

Gdy jednak zmarła bardzo bliska mi osoba, poczułam, że potrzebuję pomocy profesjonalisty. I wtedy zrozumiałam.

To nie problemy zdrowotne, rodzinne i inne stanowiły największy kłopot, a sposób, w jaki sobie z nimi radziłam. A właściwie… nie radziłam. Bo zamykanie się w domu i rozpaczanie to raczej kiepska strategia.

Chociaż nadal nie jestem do końca sobą, chociaż wciąż nie mam tyle siły, co kiedyś, to walczę każdego dnia. I mam nadzieję.

Tę nadzieję chce przekazywać dalej.

Zapraszam Was w podróż ku normalności. Opowiem Wam historię o smutku, bólu i strachu, ale też o walce i sile, jaką staram się codziennie wykazywać. Chcę podzielić się z Wami kawałkiem mojego życia i – mam nadzieję, pomóc chociaż jednej osobie uwierzyć w to, że jedyną walką, która jest z góry skazana na porażkę jest ta, której nie podejmujemy.

O Inku, która została magistrem

Uff! Ponad pięć lat studenckiego życia zleciało jak z bicza strzelił.

Nie było łatwo, oj, nie było. Intruz robił wszystko, co w jego mocy, aby uniemożliwić mi ukończenie studiów. Powstrzymywał przed wychodzeniem na zajęcia, wywołując u mnie złe samopoczucie; wmawiał mi, że nie dam rady, że jestem głupia, brzydka i nikt mnie nie lubi. Przed każdym egzaminem, a nawet kartkówką, fundował mi takie ataki paniki, że nie mogłam normalnie funkcjonować.

A mimo wszystko dałam radę. Do mojej małej kolekcji dołączył właśnie kolejny dyplom z wyróżnieniem. 

Będąc w liceum, sądziłam, że cały świat stoi przede mną otworem. Po kilku miesiącach, gdy po raz pierwszy odezwał się Intruz, zrozumiałam, co to za otwór. 😉

Zamiast prestiżowego, zagranicznego uniwersytetu, o której marzyłam, wybrałam więc małą uczelnię, niedaleko mojego domu rodzinnego. Czułam się na niej w miarę bezpiecznie – nie musiałam daleko dojeżdżać, kierunek też mi się podobał.

Gdy kończyłam studia licencjackie nie sądziłam, że czeka mnie jeszcze coś dobrego. 

Podjęłam jednak dzielną decyzję i studia magisterskie podjęłam w jednym z największych ośrodków akademickich w Polsce, na swojej wymarzonej uczelni. Wyprowadzka z domu była dla mnie bardzo, bardzo trudna, ale wiedziałam, że muszę zaryzykować.

Nie mówię, że było łatwo: sam kierunek nieco mnie rozczarował, ponieważ nie do końca pokrywał się z moimi zainteresowaniami. Nie prowadziłam też zbyt ciekawego studenckiego życia, bo nie zawsze pozwalał mi na to Intruz. Jeszcze kilka miesięcy temu rozważałam wzięcie urlopu dziekańskiego, bo wydawało mi się, że studiowanie mnie przerasta. Chciałam zamknąć się w domu na rok, oglądać seriale i płakać w poduszkę.

Na szczęście, nie zrobiłam tego.

Poszłam do psychologa i zaczęłam walczyć o każdy dzień; jeszcze bardziej przyłożyłam się do nauki, żeby zaprzyjaźnić się z przedmiotami, z którymi miałam problem (zaprzyjaźnić mi się nie udało, ale zaliczyłam!) i napisałam pracę magisterską na bardzo ciężki temat (nawet mój promotor powiedział na obronie, że to było karkołomne przedsięwzięcie).

Chciałam coś sobie udowodnić i dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem z siebie naprawdę dumna. 

Zrobiłam coś, co jeszcze niedawno wydawało się dla mnie nieosiągalne. Krok po kroku dotarłam do celu. Dzięki temu zrozumiałam, że warto próbować nawet, gdy sądzimy, że jesteśmy skazani na porażkę; gdy nasz cel wydaje się tak odległy, a droga przerażająca, że nie ma dla nas nadziei.

Wiem, że ukończenie studiów to dopiero początek. Przez Intruza mam niewielkie doświadczenie zawodowe i czeka mnie teraz dużo, dużo, dużo pracy. Ale wiem też, że – chociaż czasami sama w to nie wierzę – stać mnie na wiele.

Życzcie mi powodzenia!

 

Quentin Tarantulo

masaaki-komori-591601-unsplash

Na oknie naszej sypialni zamieszkał pająk. I to nie byle jaki! Czarno-żółty, tłuściutki, z długimi nóżkami. M. C. nazwał go Quentin Tarantulo.

Okna nie otwieraliśmy dobre kilka tygodni, bo gdyby Quentin (który okazał się Tygrzykiem Paskowanym) wszedł do mieszkania, zmuszona byłabym je spalić. A lubię je nawet.

Tak więc żyliśmy sobie, odgrodzeni szybą, aż Quentin osiągnął rozmiary nad wyraz imponujące i zmuszona byłam postawić M. C. ultimatum: albo zachowa się jak rycerz i strąci miotełką Pana Tarantulo do sąsiadów z piętra niżej, albo moja noga w sypialni już więcej nie postanie.

Zwolenniczką zabijania pająków, muszek i innych stworzeń nie jestem, bo kłóci się to nieco z moim wegetariańskim stylem życia. Tak więc po wielu tygodniach życia w trwodze, M. C. chwycił za myjkę do szyb i strącił Quentina na krzaczek w ogrodzie sąsiadów.

Cała operacja trwała minutę – może dwie. I jak tak sobie myślę, ile czasu spędziłam na strachu przez jadem Quentina, to aż mi się głupio robi. Gdybyśmy przełamali opory kilka tygodni temu, Pan Tarantulo nie zdążyłby na naszych oczach osiągnąć rozmiarów małego kotka, a my nie dusilibyśmy się w tym niewywietrzonym pokoju.

I popchnęło mnie to do pewnej refleksji. Czy nie z każdą fobią jest tak, jak z tym moim lękiem przed pająkiem?

Boimy się czegoś, marnujemy mnóstwo czasu i energii na lęki, a z każdą chwilą nie robienia niczego w kierunku zweryfikowania, czy ten lęk jest w ogóle słuszny, utwierdzamy się w przekonaniu, że mamy rację.

A gdybyśmy tak mierzyli się z każdym lękiem od razu? Pewnie szybko okazałoby się, że… nie taki diabeł straszny, jak go malują.

My znaleźliśmy w końcu odwagę, by zmierzyć się z lękiem. Teraz możemy otworzyć okno i zaczerpnąć świeżego powietrza. To prawie poetyckie!

Macie jakieś fobie?

Jak zostałam aparatką?

Follow my blog with Bloglovin
rawpixel-656748-unsplashJako dziecko miałam śliczne ząbki. Równiutkie, białe, no perełeczki!

W pierwszej gimnazjum okazało się niestety, że są białe i urocze nie bez powodu – jakimś cudem nie zauważyłam, że obie górne dwójki i trójki to ciągle… mleczaki. Sam moment olśnienia był bardzo bolesny i traumatyczny, bowiem w wieku lat trzynastu pozbyłam się (a pomogła mi w tym kanapka z serkiem topionym) lewej dwójeczki.

Jakoś przetrwałam etap dziewczyny bez zęba na przedzie, na miejscu dwójki wyrosła mi dorodna i krzywa jak diabli trójka, do której z biegiem czasu nawet się przyzwyczaiłam. W zeszłym roku udało mi się jednak zaoszczędzić trochę pieniędzy i postanowiłam zainwestować w aparat ortodontyczny. I tak, w wieku lat 24, zostałam aparatką.

Pierwsza radość minęła, gdy zrozumiałam, że leczenie ortodontyczne wiązać się będzie w moim przypadku z usunięciem trzech kolejnych zębów. Bo o ile sam aparat można uważać za nawet uroczy, o tyle brak górnej dwójki i obu trójek w pewnym wieku już nie przystoi.

Szczęście w nieszczęściu, że przez Intruza niezbyt często się uśmiechałam. Teraz jednak zaczynam czuć się lepiej, więc szczerby ciężko będzie ukryć!

Postanowiłam opisać swój przypadek, bo – jak wynika z różnych, przeglądanych przeze mnie forów, nie jestem odosobniona w swoim problemie braku górnych dwójek.

Jak już wspomniałam, na miejscu lewej dwójki wyrosła przeokrutnie krzywa trójka – teraz pracujemy z moją ortodontką nad ściągnięciem prawej. Następnie przesuniemy je do tyłu, obrócimy i… ponownie ściągniemy na miejsce dwójek.

Zdecydowałam się na takie rozwiązanie, ponieważ za wszelką cenę chciałam uniknąć implantów. Nie wiem dlaczego, ale jestem do nich jakoś uprzedzona – mimo wszystko wolę mieć swoje ząbki.

Taki wybór ma swoje wady i zalety: do zalet należy przede wszystkim mniejsza inwazyjność oraz niższy koszt. Jeśli chodzi o wady: cóż, przede wszystkim, wadą jest czas trwania leczenia. Od października przesuwamy lewą trójkę do tyłu, ale uparciuch nieszczególnie ma na to ochotę. Poza tym trójka, nawet odpowiednio obrócona, zawsze będzie tylko trójką. Ufam jednak mojej ortodontce i mam nadzieję, że efekt końcowy wart będzie wydanych pieniędzy i poświęconego czasu.

Postaram się na bieżąco relacjonować postępy w leczeniu. Jeśli macie jakieś pytania, zachęcam do kontaktu!

A Wy? Co myślicie o aparatach ortodontycznych?

Chorzy na chorowanie

alexandra-gorn-471463-unsplash.jpg

Z uporem maniaka poszukujesz niepokojących objawów, które mogłyby wskazywać na trawiącą Twój organizm chorobę. Przychodnia lekarska stała się Twoim drugim domem, a lekarze na Twój widok wzdychają i z rezygnacją w głosie pytają: co tym razem?. Zapomniałaś/eś już, jak to jest czuć się w stu procentach dobrze, odczuwasz nieustanny lęk o własne życie, a ataki paniki to dla Ciebie właściwie codzienność?

Uważaj! Być może masz skłonności do hipochondrii – jednego z zaburzeń lękowych.

Przejawia się ona występowaniem bólu w różnych częściach ciała, nie popartego jednak żadną rzeczywistą chorobą. Dolegliwości te mogą mieć charakter krótkotrwały, lecz często utrzymują się przez bardzo długi czas.

Codzienność chorego kręci się wokół myśli, że pewna konkretna choroba wysysa z niego życie albo, co gorsza, odczuwa on przemieszczające się po całym ciele dolegliwości, które ciężko przypisać do jednego schorzenia. Taka forma hipochondrii jest dużo trudniejsza do zdiagnozowania i opanowania.

Często zdarza się też, że hipochondryk sam wymyśla sobie ból. Jedne objawy przypisuje do danego problemu zdrowotnego. Gdy jednak dowiaduje się, że powinien on powodować dodatkowe dokuczliwości, chory zaczyna uskarżać się na nie w trybie niemalże natychmiastowym.

Potęga umysłu potrafi płatać figle, stąd intensywność myślenia o czymś może to na nas ściągnąć.

Głównym celem osoby cierpiącej na hipochondrię jest zdiagnozowanie, nazwanie rzekomej choroby. W związku z tym często szuka ona pomocy u rozmaitych lekarzy i żąda przeprowadzenia różnorodnych badań. Jeśli w odpowiedzi na swoje obawy usłyszy: jest Pani/Pan zdrowy – obraża się śmiertelnie i szuka pomocy gdzie indziej. Co ciekawe, często odmawia jednak podjęcia ewentualnego leczenia. Obawia się bowiem efektów ubocznych i działań niepożądanych leków. Wplątuje się w błędne koło, z którego trudno się wydostać.

Dlaczego?

Problem hipochondrii często bywa bagatelizowany. Dla lekarza, chory na nerwicę hipochondryczną to uciążliwy pacjent, przez co zbywanie i brak poważnego traktowania jest bardzo powszechną i wręcz automatyczną reakcją. Nie tędy jednak droga.

Hipochondria jest schorzeniem dokuczliwym jak każde inne, potrafi zamienić życie człowieka w piekło. Także bliscy chorego często reagują zniecierpliwieniem i irytacją, co tylko pogarsza sytuację.

Istnieje jednak również druga strona medalu: wyszukiwanie sobie coraz to nowszych chorób może być źródłem wielu korzyści i udogodnień. To łatwy sposób na pozyskiwanie sobie uwagi i troski otoczenia.

Brak satysfakcji z siebie i z życia, problemy, niepowodzenia mogą być w końcu usprawiedliwiane złym samopoczuciem.

Skąd to wszystko wiem?

Niestety, z własnego doświadczenia. 10 i 5 lat temu (Intruz: cholera, miejmy nadzieję, że to nie wzór!) przytrafiły mi się bardzo przykre rzeczy, związane ze zdrowiem. Od tego czasu panicznie boję się, że spotka mnie coś podobnego… albo jeszcze gorszego. Najzwyklejszy ból głowy, czy brzucha, może przecież zwiastować coś strasznego. Wydaje mi się, że to właśnie skłonności do hipochondrii były punktem zapalnym dla moich zaburzeń lękowo-depresyjnych. W końcu niełatwe jest życie, kiedy ciągle spodziewasz się własnej śmierci.

Jak możemy pomóc choremu?

Przede wszystkim należy wykluczyć istnienie faktycznej choroby, zanim przyczepi się komuś łatkę symulanta. Przeprowadzenie szeregu diagnostycznych badań to dobry początek.

Kolejnym krokiem powinno być zasięgnięcie porady psychologicznej. Konieczne będzie ustalenie, co leży u podstaw hipochondrii, jakie są jej przyczyny.

A przyczyn może być wiele: częste choroby w dzieciństwie, wychowywanie się w otoczeniu, w którym na piedestale stawia się zdrowie i chorobę, a może chęć pozyskania korzyści? Ważne, by to określić.

Jeśli chodzi o to, co można zrobić dla naszych bliskich, którzy są chorzy na chorowanie, głównym sposobem jest zajęcie ich myśli czymś innym. Aktywność fizyczna, nowe hobby mogą okazać się kamieniem milowym w drodze do zdrowego spojrzenia na świat. Równie istotna jest poważna rozmowa o lękach, obawach i, co najważniejsze – okazanie zrozumienia.

Każdy przypadek należy traktować indywidualnie i indywidualnie dobierać rozwiązania.

Dr Internet radzi

Od jakiegoś czasu zaczęto wyróżniać szczególną odmianę hipochondrii, polegającą na zasięganiu porady lekarskiej u tzw. Dr Internet, specjalisty od wszystkich i wszystkiego.

Boli Cię głowa oraz swędzi palec w lewej ręce. Wpisujesz więc powyższe objawy w wyszukiwarkę internetową i co się okazuje? Cierpisz na rzadką, egzotyczną chorobę, której leczenie jest długie i bolesne. Nieważne, że przez całe życie odwiedziłeś dwa kraje i żaden z nich nie miał nic wspólnego z egzotyką.

Jesteś chory i już.

Mowa oczywiście o cyberchondrii, najnowszym dobytku naszej cywilizacji.

Wyszukiwanie w sieci informacji na temat chorób i ich objawów jest zjawiskiem powszechnym i z reguły zupełnie niegroźnym. Są jednak osoby, które wcale sobie nie radzą z natłokiem niepokojących myśli i obaw. Zamartwiają się – często niepotrzebnie, aż popadają w obsesję. Potem zaczynają leczyć się na własną rękę, co – spójrzmy prawdzie w oczy, rzadko prowadzi do czegoś dobrego.

I hipochondria i jej młodsza siostra – cyberchondria, to zjawiska powszechne i bardzo istotne. Ignorowane i bagatelizowane mogą ciągnąć za sobą niezwykle poważne konsekwencje.

Żyjesz z hipochondrykiem? Nie lekceważ go, podejdź do problemu z wyrozumiałością i wspólnie wypracujcie rozwiązanie.

Masz tendencje do nadmiernego niepokoju o własne zdrowie? Pamiętaj, że nie jesteś z tym sama i przy odrobinie wysiłku możesz zacząć cieszyć się życiem bez ciągłego strachu i obaw.

O życiu w zachwycie

vince-fleming-702045-unsplash

Moim największym lękiem zawsze było to, że nie zdążę być szczęśliwa. Bałam się, że umrę, zanim zaznam w życiu prawdziwego szczęścia.

Sama nie wiedziałam, czym owo szczęście mogłoby być. Podskórnie czułam jednak, że gdy w końcu do mnie przyjdzie, to będzie dla mnie moment przełomowy, coś niezwykłego, oszałamiającego i zmieniającego życie.

Ale ono nigdy nie nadeszło.

Czekałam ćwierć wieku, aż w końcu zrozumiałam. Szczęście było w moim życiu przez cały ten czas; po prostu go nie widziałam. Byłam tak bardzo uparta w byciu nieszczęśliwą, że ignorowałam wszystkie dobre rzeczy, które mnie spotykały. A może bałam się szczęścia? Bo ileż razy zdarzyło się tak, że czułam radość, czy zachwyt, a chwilę później zwijałam się z bólu brzucha? Albo przytrafiało mi się coś jeszcze gorszego, jakby niebiosa mówiły: OK, Inku. Wyczerpałaś swój limit zadowolenia. Teraz Ci dowalimy.

W końcu jednak powiedziałam: DOŚĆ TEGO. Zaczęłam uważniej przyglądać się światu i swojemu życiu i zaczęłam zauważać rzeczy, których wcześniej jakby nie widziałam. Błękit nieba, słońce, moje piękne pieseły; cudownego chłopaka, Mamę, siostrę, siostrzenicę… Uświadomiłam sobie, ile dobrych rzeczy mnie spotkało. Mimo ogromnych trudności, udało mi się skończyć studia na wymarzonym uniwersytecie, przeżyłam wiele pięknych momentów, mam mnóstwo niesamowitych wspomnień. Nie głoduję, nie choruję poważnie, w sumie… niczego mi nie brakuje.

I poczułam taką niewysłowioną wdzięczność!

Zaczęłam regularnie dopisywać nowe rzeczy do mojej Listy wdzięczności, bo nigdy więcej nie chcę o nich zapomnieć. Wpisuję na nią każdą drobnostkę – że zobaczyłam Tatry, że skończyłam sesję egzaminacyjną, że przełamałam się i wyszłam z domu bez makijażu (to temat na osobny wpis), że zjadłam coś wyjątkowo smacznego…

To właśnie z takich drobnostek składa się szczęście.

Bo wiecie… Może wygracie kiedyś milion w Lotto, weźmiecie ślub z członkiem rodziny królewskiej, czy zrobicie międzynarodową karierę. Życzę Wam jak najlepiej! Ale takie jednorazowe, wielkie szczęście, nie ma mocy, żeby wypełnić całe Wasze życie.

Jeśli chcecie czuć się szczęśliwi, ale tak naprawdę szczęśliwi, musicie ciężko pracować nad tym, żeby dostrzegać dobro i piękno w każdym dniu, nawet tym najzwyklejszym. Musicie żyć w zachwycie.

Ja ciągle uczę się tej trudnej sztuki – czasami, gdy mam gorszy dzień, leżę na kanapie i bezmyślnie gapię się w ścianę albo wypłakuję oczy. W mojej głowie kłębią się wtedy straszne myśli… Ale staram się znaleźć w sobie siłę, żeby dostrzec coś dobrego w każdej sytuacji. Nawet tej najtrudniejszej.

W poszukiwaniu straconego czasu

 

oscar-keys-60730-unsplash.jpgStrach jest najgorszy – to od niego wszystko się zaczęło.

Bałam się, że umrę, że zachoruję, że wpadnę pod samochód, zatruję się czymś przypadkowo… Później przyszedł lęk przed wychodzeniem z domu, spotykaniem się z ludźmi. Doszło do tego, że bałam się nawet ubierać! Wiedziałam, że będę czuła się źle w ubraniu wyjściowym, więc stresowałam się procesem ubierania. Absurdalne, prawda?

Strach zaczął mnie definiować. Ciągle mówiłam: jestem przerażona, bo…boję się, że…nie dam rady, boję się… Nie jeździłam na rowerze, nie chodziłam do kawiarni, na imprezy, do kina… Gdy już musiałam wyjść z domu, kilkanaście razy robiłam spacer po całym mieszkaniu, sprawdzając, czy wszystko jest wyłączone. Zaczęłam obsesyjnie dbać o higienę – robiąc kanapkę, myłam ręce około pięciu razy! Ciągle chodziłam do lekarzy, robiłam badania. Na okrągło sprzątałam, prałam i myłam się.

Nawet gdy zmywałam lakier z paznokci, Intruz podsuwał mi myśli: co, jeśli przypadkowo kapnęłam zmywaczem na szczoteczkę do zębów i otruję się? Nieważne, że szczoteczka stała w kubeczku, znajdującym się dwa metry od miejsca, w którym zmywałam lakier. W głowie kłębiły mi się natrętne myśli: a co jeśli, a co jeśli, a co jeśli…?

I nieważne, co bym zrobiła, żeby zapobiec nieszczęściom – mogłam zamknąć się w domu, leżeć na kanapie i gapić się w telefon; i tak czułam się zagrożona. Wszystko było niebezpieczeństwem.

W końcu byłam tak bardzo zmęczona tym ciągłym lękiem, że przestałam odczuwać jakiekolwiek dobre emocje. Z resztą nawet, gdy pozwoliłam sobie na chwilę przyjemności, od razu paraliżował mnie strach. Wiedziałam, że po dniu, zawsze przychodzi noc…

Stałam się smutna, rozdrażniona. Z niepoprawnej optymistki, zawsze otoczonej przyjaciółmi, spędzającej miło czas i bez przerwy trajkoczącej, stałam się wrakiem człowieka. Teraz, gdy oglądam zdjęcia sprzed kilku lat, mam wrażenie, że patrzę w oczy zupełnie obcej osoby.

Tęsknię za sobą.

I wiem, że straconych lat już nie odzyskam. Ale zrozumiałam, że mogę odmienić swoją przyszłość. Dlatego zaczęłam walczyć ze swoim strachem. I póki co radzę sobie nieźle!

Jak?

Przede wszystkim – i wiem, że pisałam już o tym milion razy, ale to trzeba podkreślać na okrągło – poszłam do psychologa. Pomógł mi zrozumieć pewne rzeczy, zmienić nastawienie. Nie umiem wyrazić słowami swojej wdzięczności.

Dużo pracuję też sama. Bo walka z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi (i każdymi innymi) to ciężka, bardzo ciężka praca.

Codziennie staram się robić przynajmniej jedną rzecz, która mnie przeraża. I notuje ją w moim dzienniku. Dzięki temu pamiętam, jaką siłą wykazałam się kilka tygodni, kilka dni temu i jestem z siebie niezwykle dumna.

Do one thing every day that scares you.

Nie mówię, że musicie od razu skakać ze spadochronem czy wejść do klatki z głodnymi lwami. Dla mnie ogromnym osiągnięciem jest m.in. to, że wyszłam z domu, mimo bólu brzucha (ból brzucha minął po kilku minutach), czy to, że wsiadłam na rower i pojechałam na zajęcia. Innym razem zagadałam do zupełnie obcej dziewczyny na uczelni, albo pokazałam się światu bez makijażu. Zaczęłam jeść przed wyjściem z domu! Kiedyś, w czasach największego nasilenia IBS, potrafiłam do godziny 18 wytrzymać na dwóch waflach ryżowych. O jedzeniu poza domem nawet nie wspominam…

No i najważniejsze – poszłam do psychologa. Rany, jak ja się tego bałam! Na początku, przed każdą z wizyt, skręcałam się z bólu brzucha i głowy. Ale teraz wiem, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.

Strach jest nieodzowną częścią ludzkiego doświadczenia. Tak jak smutek, jest ważny – coś nam mówi. Nie twierdzę więc, że pozbyłam się go na dobre. Po prostu nauczyłam się podejmować z nim dialog. Gdy Intruz wrzeszczy: BOJĘ SIĘ!, ja pytam go: czego?
A potem mierzę się ze swoim strachem. Podobnie jak smutek, rozkładam go na czynniki pierwsze, a potem sprawdzam, czy nie jest przypadkiem bezpodstawny. Zwykle jest.

Nie wiem co przyniesie jutro. Ale to właśnie jest w życiu piękne. Ta jego nieprzewidywalność i kruchość. To one każą nam cieszyć się każdą chwilą i czerpać z życia to, co najlepsze. Szkoda, że zrozumiałam to dopiero teraz.

 

 

Historia o smutku

maranatha-pizarras-342561-unsplash

Po strachu przyszedł smutek.

Kiedy ciągle czujesz się, jakby świat miał Ci się zawalić na głowę, smutek jest nieunikniony. Przestajesz dostrzegać piękno, nie czujesz już radości. Wszystko widzisz przez pryzmat nieuchronnie zbliżającej się katastrofy.

Każdy z nas czuje się czasami smutny – z mniej lub bardziej błahych powodów. Jestem jednak przekonana, że jeżeli coś wydaje Ci się problemem i sprawia Ci ból, to faktycznie – jest to problem.

Nieważne, że inni mają gorzej. Zawsze znajdzie się ktoś taki. Każdy ma prawo do smutku, nawet jeśli jest zdrowy, piękny i bogaty.

Ciągle towarzyszyło mi poczucie winy. Nie jestem ciężko chora, mam rodzinę, chłopaka, mam za co żyć; w moim kraju nie ma wojny… Nie mam prawa czuć się smutna. – myślałam. Ale to było głupie myślenie.

Każda emocja, nawet ta najtrudniejsza, jest ważna. Także smutek. On sygnalizował, że coś jest nie tak, na długo przed tym, jak mój mózg to pojął.

Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy z nim nic robić, ignorować. Wręcz przeciwnie! Na terapii nauczyłam się bardzo ważnej rzeczy, a mianowicie analizowania każdej emocji. Kiedy jestem smutna, wściekła, wystraszona, oznacza to, że moje ciało chce mi coś powiedzieć. Dlatego zawsze staram się dotrzeć do sedna problemu, zrozumieć, dlaczego czuję się tak, a nie inaczej. Później problem ten rozbieram na czynniki pierwsze. Czy aby na pewno nie mogę nic z nim zrobić?

Zdarza się tak, że niewiele mogę wskórać. Nic nie zmieni tego, że nigdy już nie porozmawiam z jedną z najbliższych mi osób. Czasami wciąż nie będę w stanie spojrzeć na swoje odbicie w lustrze bez obrzydzenia. Nie wszystko będzie mi się udawać. I to jest w porządku. Bo nie świadczą o mnie moje słabości, ale to, czy robię wszystko, by wyjść z nich obronną ręką.

Jestem silna. Ty też jesteś silniejsza, silniejszy, niż Ci się wydaje. I pokonamy swoje demony! 

Podsumowanie

  • Gdy czujesz się źle, nie ignoruj tego. Przywitaj się ze swoją myślą, zastanów się, czy ma Ci coś ważnego do zakomunikowania. Czy możesz zrobić coś, by rozwiązać swój problem? Jeśli tak – super, działaj! Jeśli nie, nie załamuj się. Podziękuj swojej myśli i pożegnaj się z nią. Zaakceptuj to, że nie możesz kontrolować wszystkiego. Brzmi absurdalnie, ale działa!
  • Pamiętaj, że Your worst enemy cannot harm you as much as your own unguarded thoughts.
  • Zastanów się, czy dzisiaj, wczoraj, w ciągu ostatniego roku…, spotkało Cię coś dobrego. To może być coś z pozoru błahego, jak pyszna pizza, obejrzenie świetnego filmu, ładna pogoda, kwitnące kwiaty za oknem, fajna piosenka w radio. Z takich małych przyjemności składa się życie. Spisz je.
  • Zrób coś, co sprawia Ci przyjemność. Posłuchaj muzyki, zjedz coś smacznego, weź prysznic, ubierz się schludnie, otwórz okno. Jeśli czujesz się na siłach, wyjdź na spacer. Nie forsuj się, zrób to, co faktycznie może poprawić Ci humor. O moich sposobach napiszę już wkrótce!
  • Jeśli czujesz, że nie radzisz sobie sam/a, poszukaj pomocy specjalisty. Ja nie jestem psychologiem, ani psychiatrą; mogę jedynie wskazać Ci drogę, którą sama już szłam. Możesz zacząć od rozmowy z kimś zaufanym, albo wypróbować jeden z telefonów: https://forumprzeciwdepresji.pl/wazne-telefony-antydepresyjne. Pamiętaj, że szukanie pomocy to żaden wstyd. Wręcz przeciwnie – to pokaz niezwykłej siły i odwagi. 

Nawet jeśli myślisz, że jesteś na tym świecie zupełnie sam/a, TO NIE JEST PRAWDA. Proszę, nie zapominaj o tym!

Historia o strachu

volkan-olmez-523-unsplashZaczęło się niewinnie.

Drobne problemy zdrowotne, przerodziły się w duże problemy zdrowotne i pociągnęły za sobą lawinę smutku i przerażenia.

Największe zagrożenie minęło, ale złe emocje nie. One zostały ze mną na bardzo długie pięć lat, a i teraz czasami przejmują kontrolę.

Od kiedy to wszystko się zaczęło, nawet najprostsze czynności sprawiały mi trudność. Przestałam wychodzić z domu, bo gdy tylko przekroczyłam próg, atakował mnie nieznośny ból brzucha. Panicznie bałam się, że stanie mi się coś złego i znowu wyląduję w szpitalu, bojąc się, że umieram.

Na wykłady jeździłam tylko wtedy, kiedy miał mnie kto odwieźć i przywieźć. Wiedziałam, że ból brzucha może pojawić się w każdej chwili. Straciłam przyjaciół, przy moim boku wiernie trwał – i nadal trwa, mój Chłopak.

Zaczęłam do przesady wsłuchiwać się w swoje ciało. Ledwo wyczuwalne kłucie w głowie, klatce piersiowej; dziwny posmak na języku czy ból brzucha, zdawały się zwiastować straszne choroby.

Zmęczona ciągłymi zawrotami głowy, bólami brzucha i głowy, chodziłam od lekarza do lekarza, ale ci rozkładali ręce. W końcu wyniki badań były prawidłowe…

Mój nastrój zmieniał się jak w kalejdoskopie, czasami (choć rzadko) byłam nawet zadowolona; szybko jednak zaczynałam czuć smutek i lęk, a nawet czarną rozpacz i panikę.

Myślałam, że już nigdy nie będę szczęśliwa. Nawet gdy coś sprawiało mi przyjemność to w środku czułam narastającą panikę. W końcu nie miałam prawa czuć się dobrze, więc wiedziałam, że coś złego MUSI się wydarzyć. I zwykle się nie myliłam. Pojawiał się ból brzucha, zawroty głowy, strach i chęć znalezienia się w domu, w mojej bezpiecznej przystani.

Ciągłe poczucie zagrożenia sprawiło, że radość życia zupełnie się gdzieś ulotniła. I tak lęk wywołał u mnie depresję.

Niełatwo jest zmieścić to wszystko, przez co przeszłam, w jednym wpisie. Teraz, gdy patrzę w przeszłość, mam wrażenie, że widzę minione wydarzenia jakby przez czarną zasłonkę. Nie chcę do nich wracać.

Zaczęłam chodzić do psychologa i była to najlepsza, choć najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Zrozumiałam, że przez te wszystkie lata zamknięta byłam w klatce, do której kluczyk spoczywał w mojej kieszeni. Po prostu nie wiedziałam, jak go użyć.

Jeżeli czytasz ten tekst i czujesz, że chociaż trochę mnie rozumiesz, bo przechodzisz przez to samo, proszę, proszę, proszę, poszukaj pomocy profesjonalisty.

Wiem, że teraz wydaje Ci się to bez sensu. Wiem, że myślisz, że nikt nie może Ci pomóc i już zawsze będzie beznadziejnie. Ale to nieprawda.

Nie na wszystko mamy wpływ. Możemy zachorować, możemy stracić kogoś bliskiego, może nas spotkać wiele, wiele złych rzeczy. Ale to do nas należy decyzja o tym, czy poddamy się rozpaczy, czy będziemy próbować walczyć.

Wiem, że to co teraz napiszę, to straszne cliché, ale dopóki walczysz jesteś zwycięzcą.

c.d.n.